Służba zdrowia w rozsypce, ale miliony na lot w kosmos były

W Polsce są dwie kolejki, które rosną w sposób przewidywalny. Pierwsza – ta zwyczajna, w przychodni: do endokrynologa, na rezonans, do ortopedy, na planowy zabieg. Druga – ta polityczna: do mikrofonu, gdy trzeba ogłosić "historyczny sukces", "cywilizacyjny skok" i "ambitny projekt". I choć obie potrafią być długie, tylko jedna z nich ma gwarancję, że ktoś ją zorganizuje, oprawi medialnie i dopilnuje terminu.

Foto ilustracyjne
Foto ilustracyjne
Źródło zdjęć: © Licencjodawca | Foto: Stock Adobe

Bo kiedy trzeba było wysłać Polaka na Międzynarodową Stację Kosmiczną w ramach misji Axiom-4/IGNIS – pieniądze się znalazły. Mowa o kwocie rzędu ok. 65 mln euro (w polskich mediach przeliczanej na ok. 282 mln zł). I nie chodzi o to, by z tej misji kpić. Lot odbył się 25 czerwca 2025 r. i – z naukowego oraz wizerunkowego punktu widzenia – był wydarzeniem ważnym.

Chodzi o coś innego: o proporcje emocji, sprawczości i odpowiedzialności.

Kosmos jest policzalny. Zdrowie – rozmyte w statystykę

W kosmosie wszystko jest konkretne: data startu, okno pogodowe, procedury bezpieczeństwa, liczba sekund do separacji stopni rakiety. Nawet gdy pojawiają się problemy – jak opóźnienia związane z kwestiami technicznymi i bezpieczeństwem stacji – komunikat brzmi jasno: "przesuwamy, bo ryzyko".

W ochronie zdrowia konkret topnieje. Pacjent słyszy: "brak limitów, ale kolejka jest", "świadczenia są, ale nie ma personelu", "mamy reformę, ale jeszcze nie dziś". Gdy system się dławi, opowiada się o nim językiem mgły: że "sytuacja jest monitorowana", że "środki zostaną uruchomione", że "luka może być niższa". A luka ma swoje liczby.

W 2025 r. w debacie publicznej przewijał się szacunek deficytu NFZ na poziomie ok. 14 mld zł (z łagodzącym dopiskiem, że część niedoboru można zasypać dotacjami i przesunięciami). Jednocześnie szpitale sygnalizowały przesuwanie planowych świadczeń w związku z płynnością i rozliczeniami.

A pacjent? Pacjent zna to w wersji praktycznej: w wersji "nie ma terminów".

282 mln zł: mało i dużo jednocześnie

Ktoś powie: 282 mln zł to kropla w morzu potrzeb. I formalnie będzie miał rację: przy deficycie rzędu 14 mld zł to około 2% tej dziury. Tyle że felieton nie jest o księgowości. Jest o sygnale, który społeczeństwo dostaje od państwa.

Państwo potrafi wziąć na siebie projekt z jasnym celem, politycznym patronatem i budżetem w euro. A jednocześnie w systemie, który dotyczy absolutnie każdego – od noworodka po seniora – żyjemy w logice "jakoś to będzie". W kraju, w którym publiczne placówki zmagają się z długiem, a dane o zadłużeniu idą w dziesiątki miliardów złotych.

Niech nikt nie udaje, że problem jest wyłącznie finansowy – Najwyższa Izba Kontroli od lat wskazuje także na kwestie organizacyjne i kadrowe, w tym niedobory personelu i skutki dla dostępności świadczeń. Tyle że w polityce, jak w fizyce, liczy się wektor: gdzie kierujesz energię.

Kolejki jako narodowy sport wytrzymałościowy

W mediach regularnie wraca liczba, która w normalnym kraju powinna powodować polityczne drżenie rąk: średni czas oczekiwania do specjalisty liczony w miesiącach. W jednej z przywoływanych edycji raportu o kolejkach mowa była o ok. 4,3 miesiąca średniego oczekiwania na poradę specjalistyczną. Z kolei w danych opisywanych jako raport NFZ dla świadczeń zabiegowych padała wartość ok. 6,1 miesiąca "średniego rzeczywistego czasu oczekiwania".

I teraz najważniejsze pytanie: co państwo mówi obywatelowi, gdy te dwie narracje stoją obok siebie?

"Na stację kosmiczną wyślemy cię w terminie, bo to projekt prestiżowy. Na zabieg – zobaczymy, bo to codzienność."

Argument o zwrocie z inwestycji i jego ukryty warunek

Zwolennicy programu kosmicznego podkreślali, że to inwestycja – padały deklaracje, że każde euro ma przynieść kilka euro zwrotu. I być może tak będzie, jeśli z misji wyniknie realny transfer technologii, kontrakty dla firm, programy edukacyjne i konsekwentne budowanie kompetencji.

Tylko że ten argument ma ukryty warunek: państwo musi umieć dowozić polityki publiczne. A właśnie z tym mamy chroniczny problem w zdrowiu. Jeśli nie potrafimy sprawnie zarządzać systemem, który działa tu i teraz, to dlaczego mamy bezkrytycznie wierzyć, że perfekcyjnie "zmonetyzujemy" projekt kosmiczny?

Można przecież postawić prosty standard: skoro umiemy liczyć korzyści z lotu w kosmos, to liczmy tak samo bezlitośnie koszty zaniechania w zdrowiu. Ile kosztuje udar, którego można było uniknąć? Ile kosztuje późna diagnoza nowotworu? Ile kosztuje absencja chorobowa, wypalenie personelu, dług szpitali rosnący od kwartału do kwartału?

Nie "albo–albo", tylko "najpierw fundamenty"

Felieton lubi tezę, ale rzeczywistość jej nie ułatwia. To nie musi być wybór: kosmos albo szpitale. Państwo może robić jedno i drugie. Tyle że dziś widać coś niepokojącego: łatwiej jest zbudować narrację o ambicji niż naprawić mechanikę codzienności.

Jeśli już mamy wydawać miliony na orbitę – w porządku. Ale wtedy bądźmy uczciwi i wymagający: pokażmy publicznie, co dokładnie kupujemy za te środki, jakie będą mierniki sukcesu, jak polskie instytucje i firmy mają na tym skorzystać, i co zrobimy, jeśli zwrot pozostanie sloganem.

I równolegle zróbmy to samo z ochroną zdrowia – tylko na serio. Z terminami, odpowiedzialnością, audytem procesów, odchudzeniem biurokracji, stabilnym finansowaniem i planem dla kadr. Bo dopóki pacjent będzie musiał "przeczekać" swoją chorobę, dopóty każde państwowe "wznieśliśmy się wyżej" będzie brzmieć jak kiepski żart.

Kosmos jest piękny. Ale zdrowie jest podstawą. A państwo, które potrafi wysłać człowieka na orbitę, a nie potrafi wysłać pacjenta do specjalisty w rozsądnym czasie, ma problem nie z ambicją – tylko z priorytetami.

Wybrane dla Ciebie